SMUTEK
Dobry czas skończył się tak samo
niespodziewanie jak się zaczął.
Z dnia na dzień obserwowała
pogorszenie się stanu zapalnego wokół gastrostomii.
Zaczerwienienie rosło
mimo stosowania maści z antybiotykami, aż
skóra była już bardziej purpurowa, niż czerwona. Do tego Krzyś
zaczął płakać, że go boli PEG. Nie pozostało nam nic innego niż
udać się do Centrum Zdrowia Dziecka.
Na miejscu wyjęto Krzysiowi
gastrostomię (niskoprofilowego pega) i założono zgłębnik
flocare. Pobrano posiew i zalecono nystatynę bo podejrzewano grzyby.
Synek był bardzo dzielny i o stresie świadczyła tylko drżąca
„podkówka”.
W domu Krzyś bardzo źle znosił długi
peg – przeszkadzał mu zewnętrznie (niepokoił się, że coś się
stanie) i wewnętrznie (od strony żołądka trzymał go napompowany
wodą balonik o sporej średnicy). Ten balonik sprawił, że synkowi
wróciły odruchy wymiotne, odchylenie głowy do tyłu w bardzo
nienaturalnej pozie (zespół sandifera), a w konsekwencji przestał
zupełnie jeść doustnie....
Na czwarty dzień z nowym PEG-em stała
się rzecz niesłychana. Krzyś siadał właśnie na łóżku i w
pewnym momencie krzyknął przeraźliwie: Brzuch!
Podniosłam bluzeczkę i moim oczom
ukazał się cały cewnik – z pełnym balonikiem na wierzchu.
Żeby to zobrazować – balonik
wielkości piłki pingpongowej przeszedł przez przetokę o średnicy
1cm.... Jak poród!!!
Z tymże powłoki brzuszne nijak nie są
przygotowane na taki szok... To musiał być straszny ból. Kiedyś
mu też tak wypadł peg (jak miał rok) wówczas rozszarpane powłoki
brzuszne leczyliśmy 3 miesiące w szpitalu (a synek był na żywieniu
pozajelitowym – czyli na kroplówkach). Z brzucha Krzysia zaczął
się wylewać obficie sok żołądkowy i obiad, bo niestety był
świeżo po posiłku... Gdy tylko sytuację opanowała pojechaliśmy
pędem do szpitala (a było już po 21!).

Wróciliśmy do domu
Krzyś psychicznie trzymał się coraz
gorzej. Bardzo płakał i się bał. Wszystkiego. Nawet nie dało się
go wykąpać – bo bał się siedzieć i patrzeć na „nagi”
PEG... Płakał i żadne tłumaczenie nie działało....
Tymczasem przyszły wyniki posiewu.
Grzyby nie wyhodowały się, a winnym stanu zapalnego okazał się
gronkowiec złocisty!
Pojechaliśmy do CZD po antybiotyk w
maści mupiroxycynę (bactroban). Smarowałam mu ranę, ale zamiast
robić się lepiej – było coraz gorzej.
Na skórze zrobiły się nadżerki,
sączyła się krew. Z miejsca gdzie miał małą ziarnikę lał się
prawdziwy strumień – zużywałam cały plik gazików by zatamować
krwawienie przy każdej zmianie opatrunku....
Kolejny telefon do CZD i kolejna
wieczorna wizyta...
U Krzysia już totalna panika... u mnie
brak sił... Dostał Augumentin.
Przez ten cały czas Krzyś nic nie
jadł, a karmienie do gastrostomii było coraz trudniejsze. Krzynio
wymiotował po coraz to mniejszych porcjach. Chodził i spał z głową
wygiętą do tyłu tak, że prawie dotykała pleców. Doszło do
tego, że musiałam go karmić i w dzień i w nocy by się nie
odwodnił. Zmiana opatrunku była strasznie trudna – synek płakał,
czerwieniał i drżał ze strachu.
Straciłam cierpliwość.
Psychika Krzysia – czarna rozpacz
Jedzenie doustne – wydawało się że
znów wszystko stracone
Jedzenie do gastrostomii – bolesne,
wycieńczające nas oboje
Wymusiłam na lekarce zmianę
gastrostomii na „naszą” niskoprofilową.
Kolejną wizytę w CZD Krzyś zniósł
koszmarnie, ale wyszłam pełna nadziei, że będzie już lepiej.
Krwawiąca ziarnina została przylapisowana i krwawienie ustało.
Niestety przygoda z flocarem sprawiła,
że przetoka jest szersza niż powinna i to powoduje, iż „pruka”
- jak to nazywa Krzyś – czyli co jakiś czas powietrze i śluz
wydaje „dźwięki” wydostając się na wierzch. (Prukającym w
sumie po raz pierwszy określił synek ten długi PEG i on faktycznie
bardzo łatwo „prukał”).
Po augumetinie i odkażaniu rany stan
zapalny przygasł (z purpury zrobił się różowy) i mieliśmy
nadzieję, że wszystko powoli wróci do normy.
Jednak już po tygodniu od zakończenia
antybiotykoterapii wokół przetoki zaczęło się znów czerwienić.
Tym razem sama zrobiłam wymaz z rany i
zaniosłam do laboratorium. Jutro mają być wyniki...
Z początkiem długiego weekendu moje
dzieci rozchorowały się.
Kasia miała krwiomocz, gorączkę i
mocno czerwone gardło, Krzysio – gorączkę i gardło.
Oboje dostali Zinat. (Lekarka myślała,
że u synka będzie angina – ale jednak nie była) Na czwartą dobę
brania antybiotyku gorączka nie spadała, więc wezwałam lekarza
prywatnie. Co się okazało – oboje mimo leku dostali zapalenia
oskrzeli! Dostali kolejny antybiotyk (cedax), który obecnie
bierzemy.
Cała historia z gastrostomią i
szpitalem bardzo negatywnie odbiła się na Krzysiu. Teraz, choć już
ma jakiś czas „swojego” PEGa wciąż podwija bluzeczkę by
patrzeć na opatrunek. Pyta zawsze „Nie pruka?” i choć zapewniam
go o tym, że jest już wszystko dobrze, nie do końca mi wierzy.
Przygląda się gazikom i jeśli zobaczy rdzawy kolor kremu braunol –
pyta, czy nie jest to aby krew.
Tych pytań i kontrolnych spojrzeń na
brzuszek jest dziennie... spokojnie 50, jak nie więcej. Trwa to już
drugi tydzień... jak w historii z domkiem – potrzebuje moich
nieustannych gwarancji, że już mu nic nie grozi (mój Boże, a ja
sama nie wiem gdzie i kiedy nastąpi koniec tej historii). Synek boi
się nadal kąpać, przytulać (podwija nogi by nie dotknąć
brzucha), zmieniać opatrunek itd.
Nie wiem kiedy uda nam się na dobre
zakończyć „przygodę” z gronkowcem złocistym i stanem
zapalnym, ale mam nadzieję, ze już niedługo...
Oby, bo za dużo nas to kosztuje nerwów
i strachu...